Wiesz.. chyba zawsze za dużo czytałam. Rozkładanie życia na czynniki pierwsze wyssałam właśnie z tysiąca tomiszczy, które przewinęły mi się przez ręce. To wszystko przez literaturę, tak sobie czasem powtarzałam, kiedy okazywało się, że nie potrafię podjąć całkiem prostych decyzji. Pamiętam czasy, kiedy jako mała, może dziesięcio, może jedenastoletnia dziewczynka pławiłam się w krwi, plwocinach i ogólnym chaosie literatury obozowej. Wtedy, czysto teoretycznie oczywiście, poczułam zapach Śmierci. Nie licząc obrazu kilku martwych zwierzątek, nie miałam przecież o Niej pojęcia. Potem było już tylko gorzej. W dobie wymuszonej licealnej egzaltacji za dużo naczytałam się o Miłości - tej chorej, dramatycznej, toksycznej. I już nigdy nie było jak wcześniej. Stosunkowo szybko wyzułam z siebie wszelkie marzenia dorastającego panniska o wielkiej, głębokiej i porywającej miłości aż po grób. Do dziś, przynajmniej powierzchownie, wykształcił się we mnie mechanizm obronny na miłość. I, jak to mam w zwyczaju, zrzucam winę na książki. Składam to na karb oczytania, ale i pewnego rodzaju bolesnej świadomości, że nie mam w sobie tyle nadludzkiej siły, by kochać i być kochaną, a potem krzywdzić i być krzywdzoną. Przecież tej prozie, która wpadła mi w ręce, to zawsze tak było. Miłość zawsze szła za rękę z Bólem i Śmiercią. A ja wmawiam sobie, że jestem chłodna. Wmawiam sobie, że w moim życiu nie ma miejsca na wielkie słowa, wyższe uczucia, nie ma miejsca ani na Miłość, ani na Śmierć, ani na wszelkiego rodzaju Cierpienie, które i tak przecież pojawia się z jednego jedynego powodu: dlatego ze się kocha.
To wszystko przez zbyt szeroką percepcję. Walczę z moją naiwnością, walczę z współodczuwaniem. Ale i z pewnego rodzaju "trzecim okiem", które zawsze daje mi sygnały: "uważaj na nią/na niego". Mówię wtedy "oko, zamknij się", daję kredyt zaufania i... A potem patrzę na ludzi i nie mogę się nadziwić, jak bardzo jestem na nich zła. Nie powiem, że kocham ich i nienawidzę jednocześnie, bo przecież chcę być chłodna. Podobno samymi chęciami piekło wybrukowali. A co do mojego chłodu, to tylko ci którzy znają mnie powierzchownie, nadają mi przydomek Żelaznej Damy. I nie mogę powiedzieć, żebym czasem nie odczuwała maleńkiej satysfakcji z tego powodu (jak ja fantastycznie się kamufluję!), a zaraz potem zawodu (jak oni mogą być tak krótkowzroczni?!)
Ot i cała tajemnica: chcę być kimś, kim w rzeczywistości nie jestem. Tak byłoby łatwiej.
I koło się zamyka, bo to, kim jestem dziś, w dużej mierze zawdzięczam literaturze.
Dlatego bardzo chciałabym, aby tutaj znalazły się moje wariacje na temat tej literatury, która mnie zachwyca, złości, ale i kształtuje. Wtedy, krok po kroku, dotrę do siebie, do moich, jak by nie było, po trosze, korzeni.
Tak. Tak właśnie zamierzam zrobić :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz