niedziela, 17 kwietnia 2011

Zafon - spotkanie pierwsze.

Musi upłynąć wiele czasu, muszę napisać setki bzdurnych słów, zanim dojdzie do mnie dlaczego tak mocno ukochałam Zafona. Moja przygoda z Nim zaczęła się zapewne tak, jak w przypadku większości polskich Czytelników - od "Cienia wiatru". Lektura to niezwykła z wielu powodów. Nie będę rozpływać się nad Jego niezwykłymi umiejętnościami kreowania ambientu Barcelony, bo kto zna to miasto, wie, że dziś może spotkać się z Zafonowskmi postaciami chociażby w zaułkach Barrio Gotico. Przynajmniej ja tam odnalazłam cienie Daniela i Beatriz.
Ale dziś, bardziej niż impresje o Barcelonie, poruszają mnie złote myśli innego bohatera wykreowanego przez Zafona. Myślę o Ferminie Romero de Torres. Wertując niedawno "Cień wiatru" wpadłam na podkreślone przeze mnie zdanie:

"Od czekania dusza rdzewieje"

Oczywiście w tej chwili nie pamiętam, w jakim kontekście Fermin Chryzostom użył tego stwierdzenia, ale dziś mówi ono do mnie z całą swoją mocą. Dudni mi w głowie od rana. Tak. Ja też czekam. Prawie tak irracjonalnie  jak swojego czasu czekali Estragon i Vladimir. Przepełnia mnie nadzieja, że gdy czekanie sie zakończy - moje życie ulegnie diametralnej zmianie. Tyle że te słowa Fermina "zabijają" to, co posiadali rzeczeni E. i V. - nadzieję. Chyba. 

A we mnie nadziei coraz mniej. Tli się "coś tam coś tam" jeszcze; jak na rauszu powtarzam sobie, że coś musi nadejść. Ale już sama w to nie wierzę. Wkrótce przede mną długa droga. Podróż. Urlop na poły z pobudzaniem tej nadziei. Z odrdzewianiem właśnie. Za jakiś tydzień już wyjazd, a ja nawet nie zaczęłam planować, jak to mialam wcześniej w zwyczaju, jakie ubrania wezmę, jakie książki, muzykę, kosmetyki. Walizka wciąż leży pusta, na środku pokoju, tak jak ją zostawiłam.
A tam, na końcu drogi, czeka na mnie Ktoś. On. Mówi, że czeka, że tęskni. A ja jakoś ostatnimi czasy nie potrafię dać się Jemu przekonać. Przyjmuję do wiadomości gorące wyznania i zapewnienia. Słowa, słowa, słowa..

Dusza mi zardzewiała. To od tego czekania. Czekam na Niego i na to spotkanie już pół roku. "Nie składało się, Kochanie, wiesz, ze musiałem pracować" - mówi On. A ja chcę wierzyć. Ale wiem, że jeśli Miłość jest wystarczająco silna, nie ma dla Niej przeszkód. A na pewno brak urlopu nie jest przeszkodą. Albo to tylko ja mam tak wyidealizowane pojęcie na powyższy temat. Tudzież miałam.
Dlatego zżera mnie podstępna rdza. A złotousty Fermin krzyczy do mnie : "Od czekania dusza rdzewieje!!!!!!!!!" I co począć? Za tydzień zobaczę Go, On się uśmiechnie, zobaczę błysk w Jego oczach i umrę po raz kolejny w Jego ramionach. Będę nowa, szczęśliwa, znów odzyskam nadzieję. Ale to dopiero za dokładnie sto dziewięćdziesiąt cztery godziny. Do tego czasu będę słyszała w uszach surowe słowa Fermina.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Od początku.

Wiesz.. chyba zawsze za dużo czytałam. Rozkładanie życia na czynniki pierwsze wyssałam właśnie z tysiąca tomiszczy, które przewinęły mi się przez ręce. To wszystko przez literaturę, tak sobie czasem powtarzałam, kiedy okazywało się, że nie potrafię podjąć całkiem prostych decyzji. Pamiętam czasy, kiedy jako mała, może dziesięcio, może jedenastoletnia dziewczynka pławiłam się w krwi, plwocinach i ogólnym chaosie literatury obozowej. Wtedy, czysto teoretycznie oczywiście, poczułam zapach Śmierci. Nie licząc obrazu kilku martwych zwierzątek, nie miałam przecież o Niej pojęcia. Potem było już tylko gorzej. W dobie wymuszonej licealnej egzaltacji za dużo naczytałam się o Miłości - tej chorej, dramatycznej, toksycznej. I już nigdy nie było jak wcześniej. Stosunkowo szybko wyzułam z siebie wszelkie marzenia dorastającego panniska o wielkiej, głębokiej i porywającej miłości aż po grób. Do dziś, przynajmniej powierzchownie, wykształcił się we mnie mechanizm obronny na miłość. I, jak to mam w zwyczaju, zrzucam winę na książki. Składam to na karb oczytania, ale i pewnego rodzaju bolesnej świadomości, że nie mam w sobie tyle nadludzkiej siły, by kochać i być kochaną, a potem krzywdzić i być krzywdzoną. Przecież tej prozie, która wpadła mi w ręce, to zawsze tak było. Miłość zawsze szła za rękę z Bólem i Śmiercią. A ja wmawiam sobie, że jestem chłodna. Wmawiam sobie, że w moim życiu nie ma miejsca na wielkie słowa, wyższe uczucia, nie ma miejsca ani na Miłość, ani na Śmierć, ani na wszelkiego rodzaju Cierpienie, które i tak przecież pojawia się z jednego jedynego powodu: dlatego ze się kocha.
   
To wszystko przez zbyt szeroką percepcję. Walczę z moją naiwnością, walczę z współodczuwaniem. Ale i z pewnego rodzaju "trzecim okiem", które zawsze daje mi sygnały: "uważaj na nią/na niego". Mówię wtedy "oko, zamknij się", daję kredyt zaufania i... A potem patrzę na ludzi i nie mogę się nadziwić, jak bardzo jestem na nich zła. Nie powiem, że kocham ich i nienawidzę jednocześnie, bo przecież chcę być chłodna. Podobno samymi chęciami piekło wybrukowali. A co do mojego chłodu, to tylko ci którzy znają mnie powierzchownie, nadają mi przydomek Żelaznej Damy. I nie mogę powiedzieć, żebym czasem nie odczuwała maleńkiej satysfakcji z tego powodu (jak ja fantastycznie się kamufluję!), a zaraz potem zawodu (jak oni mogą być tak krótkowzroczni?!)

Ot i cała tajemnica: chcę być kimś, kim w rzeczywistości nie jestem. Tak byłoby łatwiej.
I koło się zamyka, bo to, kim jestem dziś, w dużej mierze zawdzięczam literaturze.
Dlatego bardzo chciałabym, aby tutaj znalazły się moje wariacje na temat tej literatury, która mnie zachwyca, złości, ale i kształtuje. Wtedy, krok po kroku, dotrę do siebie, do moich, jak by nie było, po trosze, korzeni.

Tak. Tak właśnie zamierzam zrobić :)

niedziela, 10 kwietnia 2011

Więc jestem..

... i co dalej? Wiedziałam, że tak się stanie: kiedy już zbiorę się w sobie, kiedy założę bloga (po wielu miesiącach bezsensownego pierwiastkowania myśli: "czy na pewno to DOBRY pomysł?") ... nie będę wiedziała od czego zacząć. Podobno najlepiej od początku. Tylko gdzie i kiedy zaczął się u mnie ten misz-masz w głowie?
Zaznaczam wiec swoją obecność tutaj i udaję się do Świątyni Dumania, aby odnaleźć ten pierwszy impuls, który przywiódł mnie aż tutaj.